Kiedy pełniłem funkcję prowincjała naszego zakonu w Brazylii, zapraszano mnie na polonijne uroczystości i do odprawiania Mszy w miejscach, gdzie nie pracują nasi kapłani. Choć od zakończenia kadencji minęły już cztery lata, wciąż co jakiś czas dostaję takie zaproszenia. Niestety, obowiązki proboszcza dużej miejskiej parafii, a do tego ekonoma i przełożonego domu prowincjalnego, sprawiają, że rzadko mogę odpowiedzieć na nie pozytywnie.
W lipcu trafiły do mnie trzy takie zaproszenia. Odpisałem, że chętnie przyjadę i odprawię Mszę po polsku, ale pod warunkiem, że pomogą znaleźć księdza który zastąpi mnie w parafii. Nie mam pomocnika, a przecież nie mogłem zostawić powierzonych mi wiernych bez niedzielnej opieki duszpasterskiej.
Udało się tylko w jednej wspólnocie — św. Anny w Serrinha Contenda, jakieś 40 km od Kurytyby. Polacy osiedlili się tam pod koniec XIX wieku. Karczowali puszczę, uprawiali ziemię i postawili kościół, który poświęcili św. Annie. To właśnie dzięki wierze przetrwał tam język polski i nasze zwyczaje.
Była to moja druga wizyta w tej wspólnocie. Pierwszy raz byłem tam w 2019 roku, na inauguracji groty poświęconej św. Janowi Pawłowi II i objawieniom fatimskim. Później zapraszano mnie jeszcze kilka razy, ale choroba i wyjazd do Polski na Kapitułę pokrzyżowały plany.
Msza była wyznaczona na godzinę 10, więc z Kurytyby wyjechałem po ósmej. Tego dnia obchodziliśmy wspomnienie św. Anny i św. Joachima — patronów dziadków i osób starszych. Dzień wcześniej przypadało wspomnienie św. Krzysztofa, więc w parafiach święcono pojazdy.
Choć do rozpoczęcia liturgii zostało jeszcze ponad 40 minut, kościół w Serrinha był już pełen ludzi. Kilkanaście młodych osób miało na sobie stroje ludowe — pozostałość po dawnym zespole folklorystycznym. Kościół udekorowano w polskie barwy, a przed wejściem rozdawano kwiatki, na których wierni zapisywali imiona swoich dziadków. Powstał z nich piękny, kolorowy „ogród pamięci”.
Uroczystość zaczęła się procesją: wniesiono flagi Polski i Brazylii, miniaturowy wóz osadników z figurą Patronki oraz obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Muszę przyznać, że od dawna nie odprawiałem w Brazylii tak pięknie przygotowanej Mszy po polsku. Lektorzy i kantorzy mówili czystym językiem, a całość była pełna pobożności i wzruszenia.
Po liturgii były przemówienia, podziękowania i wręczenie ogromnego kosza z lokalnymi produktami — w tym świeżo pieczonym chlebem. Poproszono mnie też, żebym opowiedział o Polsce, moim zakonie i pracy. Potem zaproszono mnie na obiad do domu diakona. Przy stole pojawiły się polsko-brazylijskie potrawy, a po posiłku zaczęło się wspólne śpiewanie. Ku mojemu zaskoczeniu wielu uczestników znało wszystkie zwrotki dawnych pieśni.
Czas jednak płynął szybko. Po zwiedzeniu muzeum polskiego emigranta, stworzonego przez żonę gospodarza, musiałem wracać do Kurytyby, by zdążyć na wieczorne obowiązki w parafii.


