O historii powołania księdza Andrzeja M. już kiedyś pisałem. Tych, którzy chcieliby poznać ją bliżej — a warto, odsyłam, do wcześniejszego zamieszczonego na mojej stronie tekstu. Tak naprawdę nie ja napisałem tę historię. Spisał ją czas, a ja jedynie, w sposób nieudolny, próbowałem przenieść na papier kilka zapamiętanych obrazów, spotkań i rozmów… śladów, które Andrzej pozostawił po sobie.
Wczoraj, wracając z Sienna, gdzie na miejscowym cmentarzu spoczywają moi dziadkowie, zatrzymałem się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Odwiedziłem Gosię — siostrzenicę śp. ks. Andrzeja i ks. Stanisława. Po rozmowie, podczas której wspominaliśmy czasy ich pracy w Brazylii, udaliśmy się na cmentarz, by pomodlić się przy ich grobie. Cisza tego miejsca, szum drzew, kilka świec i wspomnienia, które wróciły z niespodziewaną siłą i modlitwa różańcowa odmówiona po portugalsku — wszystko to stworzyło niesamowitą atmosferę.
Następnie udaliśmy się do kościoła parafialnego. To właśnie tam, wśród codziennych modlitw, liturgii i wspólnoty, zaczęło się kształtować kapłańskie i misyjne powołanie. Najpierw Stanisława, a potem Andrzeja, który również usłyszał ten sam głos w sercu, prowadzący go ku służbie Bogu i ludziom. Odprawiłem tam Mszę świętą, dziękując Panu za tych dwóch, dzielnych misjonarzy, którzy swoje serca oddali brazylijskiej ziemi. Za ich odwagę, za ich wiarę, za ich gotowość do niesienia Ewangelii tam, gdzie była najbardziej potrzebna.
Ich życie było pięknym świadectwem ukochania Boga i Kościoła. I choć dobiegło końca, to pamięć o nich żyje w tych, których spotkali, którym pomagali i wśród których pracowali.
